o sztuce i innych zjawiskach
RSS
wtorek, 11 września 2007
Do tablicy

I jestem wywolana do tablicy. Pod ostatnim wpisem ktos skomentowal: "No fajnie, a relacji z Sasnala w Berlinie nie bedzie? Oj, chyba sama bede musiala cos skrobnac. A mysli mam mieszane, niewyrazne". (to Pati? byla na wernisazu...). Zatem jesli ma byc relacja z wernisazu, to prosze, bedzie fotorelacja. Powiem tylko, ze ja mam mysli czyste i wyrazne. Wystawa Wilhelma byla naprawde dobra. Pomimo tytulu wystawy BOREDOM, obrazy nie sa nudne. Wilhelm wciaz zaskakuje, nie daje sie upchnac nawet w sasnalowa szufladke. Ucieka przed tym, co o nim myslimy, lub czego od niego oczekujemy. Jest chyba zawsze krok (lub kilka) do przodu.

To fragment ekspozycji z gornej sali, a ponizej starsze prace z dolnej. Poszukam jeszcze kilka innych zdjec, to dorzuce . Na razie tyle, ale obiecuje wiecej.

***

A na deser wystawa Donimika Lejmana w Galerii Zak "Die Nächsten". Otwarta w tym samym czasie. Na fotach Dominik Lejman, dlej fragment ekspozycji i Dominik z Asia Zak. (projekcje video zwlaszcza te biale na bialym tle - naprawde zle wychodza na fotkach, ale poszukam jeszcze i dorzuce pozniej)

obiecana dokladka (towarzyska):

NN,

Pati i Bartek,

Wilhelm i Rafal (w hotelowych lozkach)

 

17:09, ichweissnicht
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 września 2007
no...

Pizzeria, Kreuzberg.

20:54, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
Pamiątki ze sztuki

Zawsze chętnie oglądam sklepiki muzealne. I zawsze podziwem darzę tych, którzy mają tysiące pomysłów by dzieła sztuki zamienić w przemysł pamiątkarski. Od razu powiem, że nie widzę w tym nic złego (często to nawet zabawne). Przyzwyczaiłam do biżuterii egipskiej, parasoli z Monetem i długopisami z Van Goghiem. Czasem nawet niektóre pomysły są zadziwiające w swojej oryginalności (tak, jak cała identyfikacja wizualna dla tegorocznego d12). Ostatnio moją uwagę zwróciła mistrzowska identyfikacja dla wystawy sztuki francuskiej z Metropolitan Museum w Neue Nationalgalerie. Od świetnego hasła – die schönsten franzosen kommen aus New York po oprawę graficzną nawiązującą do słynnej (choć chyba już rzadko używanej) koperty poczty lotniczej Par avion z lamówką w trzech kolorach czerwonym, białym i niebieskim. Patrz tu: http://www.metinberlin.org/de/shop/ Wszystko przygotowane bardzo profesjonalnie przez agencję reklamową. W sklepiku oprócz – naturalnie – artykułów piśmienniczych z reprodukcjami obrazów, wszystko, co może się nawet luźno kojarzyć z Francją. Plus takie rzeczy jak koce piknikowe (z reprodukcjami) płyty z muzyką francuską itd. Zawsze znajdą się osoby, które te produkty chętnie kupią. Jestem pełna podziwu. Sprzedaż pamiątek po sztuce to chyba też sztuka (choć marketingowa).

Oczywiście każde muzeum ma swoje pomysły na sprzedaż wizerunku. Muzeum Żydowskie bazuje przede wszystkim na kształcie budynku proj. Libeskinda, wiec w sklepik można znaleźć tak mało użyteczne przedmioty jak obciążnik do listów z metalu w kształcie muzeum. Albo nalepki, których przeznaczenie jest mało jasne. Ja znalazłam je nalepione na kosz na śmieci nieopodal muzeum.

 

Przypomniał mi się taki sklepik z pamiątkami na placu Dominikańskim w Krakowie. Od lat sprzedawane są tu obrazy, w których do ramki za szkło włożona jest reprodukcja jakiegoś znanego i łatwo przyswajalnego dzieła (impresjonizm, secesja) a na dość szerokiej ramie domalowana jest reszta sceny. Kiedyś zobaczyłam taki produkt powstały na podstawie obrazu Gustava Klimta.

 

Na odwrocie jak byk widniał podpis: KLIMT ESTWOOD. I słusznie. Leonardowi też już powinni zmienić nick z DA VINCI na DI CAPRIO.

20:52, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 września 2007
Nerwica

Zaobserwowałam u siebie jakąś osobliwą jednostkę chorobową objawiającą się stanem nerwicy na punkcie sztuki. Wszędzie widzę sztukę. Nic dziwnego, od dawna nie miałam nawet wakacji bez jakiejkolwiek wizyty w galerii, ba, zwykle nawet to wakacje służą do tego, żeby wreszcie się sztuki porządnie naoglądać (Kassel, Wenecja itd.). Idę ulicą i widzę chłopca na rowerze. I co?

 

Zagadka brzmi, z czym się kojarzy złośliwy chłopiec na rowerze, ktory omal przejezdza ci tym rowerkiem po butach? Osobom które znaja prawidłową odpowiedź dobrze nie wróżę. Chorują na to samo co ja. Poprawna odpowiedz brzmi:

Maurizio Cattelan, Charlie 

15:47, ichweissnicht
Link Komentarze (3) »
Tytulem uzupelnienia

Ostatnio pisze mniej, ale w koncu kto powiedzial, ze blog ma byc prowadzony z jakas zacieta regularnoscia? Przypomnialo mi sie cos, co dotyczy wpisu o sklepach i galeriach.

Moje zdziwienie nad pomieszaniem nazw galeria i sklep to oczywiście krótkie spodenki, jedynie opis własnych doświadczeń. Jak zwykle na każdy problem odpowiedź zna stary dobry Jean Baudrillard: „W przypadku drugstore’u centrum kulturalne staje się nieodłączną częścią centrum handlowego. Nie należy przez to rozumieć, że kultura zostaje tam „sprostytuowana” – byłoby to grubym uproszczeniem. Zostaje ona tam skulturalizowana. (…) Podczas gdy dom towarowy oferuje jarmarczny spektakl towaru, drugstore prezentuje wyrafinowany koncert konsumpcji, którego cały „artyzm” polega właśnie na grze dwuznacznością znaku w przedmiotach oraz na sublimowaniu ich statusu jako rzeczy użytecznych i jako towarów poprzez grę „w otoczenie”: oto uogólniona neokultura, w obrębie której zatarła się już różnica pomiędzy delikatesami a galerią sztuki, pomiędzy Playboyem a Traite de paleontologie.” („Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury”) Książkę tę Baudrillard napisał w 1970 r. Przewidział wszystko, nie tylko to, że sklepy będą oferowały „wartości dodane”, że strukturą będą dążyły do konstruowania czy naśladowania wartości kulturowych. Nie wpadło mu tylko do głowy to, że sklepy nie tylko będą UDAWAŁY galerie, ale w swojej zuchwałości NAZWĄ się (staną się z nazwy) galeriami. Eh...

15:45, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 sierpnia 2007
Karma w Berlinie!

Najpopularniejsza kawiarnia Warszawy KARMA otwiera swoją filię w Berlinie. Po roku walki z niemieckimi firmami, zalaniu i innych przygodach remontowych (a Kasha mówiła, żeby brać Polaków, to w trzy miesiące zrobią!), Laura i Marcin robią już pyszna kawę i inne rzeczy. Karma mieści się przy Ostkreuz (żeby z Warszawy było bliżej :-), przy ulicy Niedzielnej (Sonntagstr), dwie minuty od S-bahnu. Wyposazenie bliskie sercu: biurowe mebelki z lat 60. Baardzo wygodnie. Laura i Marcin zapowiadaja rozwoj programu i menu. Beda koncerty itd. Polecam!

Na zdjeciach ostatnie godziny przed otwarciem.

A to juz otwarcie. Zdjecia nieco pozniejsze.

22:45, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Migracja znaczeń czyli wszystko mi się miesza.

Na documenta 12 było o migracji obrazów. Ale migrują nie tylko obrazy, także znaczenia. Językoznawcy wielokrotnie śledzili historię znaczenia wyrazów czy pojęć, które po upływie dziesiątek czy setek lat zmieniały znaczenie nawet na przeciwstawne do pierwotnego. Dziś nie dość, że proces ten przybrał na tempie (media mogą w jeden dzień zmienić znaczenie jakiegoś wyrazu) to przytrafiają się też interesujące przypadki nieoczekiwanej zamiany znaczeń dwóch wyrazów. Do głowy (po raz kolejny) przyszedł mi przypadek, do którego nawet już się przyzwyczailiśmy. Po prostu poszłam do sklepu. Uooops, sorry, - do molla :-) Wiadomo, sklepy nazywają się teraz galeriami i nawet przestało mnie to dziwić. (Nawiasem mówiąc, przypomina mi się pewna rozmowa telefoniczna sprzed około roku, albo dwóch.. (?) Zadzwonił do mnie Łukasz Guzek, krytyk sztuki, prywatnie charakteryzujący się mocno obojętną postawą wobec konsumpcjonizmu. Z Łukaszem często spotykaliśmy się w Bunkrze Sztuki i okolicach w celach „okołoartystycznych”, takich jak: wystawa albo wystawa, ewentualnie wystawa (i piwo plus kawa). Łukasz zadzwonił i zapytał. – Słuchaj Monika, mam problem. Jestem w takiej galerii, chce coś znaleźć i się gubię. Mogłabyś przyjść i mi pomóc? Ja zaczęłam w pamięci szybko wertować wszystkie galerie w naszym mieście, do których Łukasz w ogóle miałby powód pójść, a które są jednocześnie na tyle duże żeby móc się w nich zgubić. Niestety, żadna nie przyszła mi do głowy. – Ale … w jakiej galerii?- zapytałam. – No nie wiem, taka duża tu na Kazimierzu. No, Galeria Kazimierz. Spodnie chce sobie kupić, a tu za dużo tych sklepów... Ja wtedy chyba nie miałam czasu, a Łukasz spodni nie kupił. Koniec dygresji). Zatem sklepogalerie jak Galeria Krakowska, Galeria Kazimierz, Galeria Mokotów i inne nas już nie dziwią.. Sklep chcąc budzić lepsze skojarzenia, sięga po wyższe wzorce kulturowe, by kupowanie ziemniaków czy spodni nobilitowało, by z codziennej czynności zrobić odświętną, atrakcyjną, pożądaną. Spece od marketingu nie śpią. Nie spały też galerie. W odpowiedzi na dewaluację znaczenia i komercjalizację słowa galeria , galerie sztuki paradoksalnie zamieniły się w Fabryki czy Supermarkety sztuki. Nie tylko w nazwie. Podczas gdy sklepy wyposażano w aleje z ławeczkami do wypoczynku (nie dziwota, skoro przez pół dnia walczysz z metalowym koszykiem o zepsutych kółkach i tysiącem wrzeszczących dzieci oraz specjalnymi promocjami piszczącymi z megafonu, aż w końcu uda ci się stanąć w kilometrowej kolejce do kasy i zapłacić za jajka i ser na co stracisz pół dnia, to wiadomo, że się zmęczysz) i marmurowe podłogi, wtedy wystrojem obowiązującym w galeriach zaczęły być found footage´owe :-) krzesła (znalezione w piwnicy i na śmietniku, a każde z innej parafii), wykładzina pamiętająca Gierka i oskubane ściany. Entourage biedy i bylejakości (charakterystyczny też np. dla krakowskich knajp) nawet zaczął pasować do sztuki i stał się atrakcyjny, przynajmniej na tyle, żeby nie odstraszać młodych ludzi sterylnością white cube, a wabić atmosferą sqotu. Gdy tylko galerie przestały wymagać od widza elegancji, dystansu i „odpowiedniego” zachowania, chodzenie do galerii stało się codziennością, zaczęto się tam spotykać na koncert, plotki i piwo. Supermarkety udają, że są galeriami, galerie udają, że są supermarketami, kawiarniami albo sqotami. Kultura niska sięga do wzorców kultury wysokiej, kultura wysoka - do masowej.

Ale wracając do faktu, że poszłam do sklepu. Tym razem sklep nazywał się Das Schloss czyli zamek. Na marmurowych schodach przywitały mnie złote litery z napisem ”witamy” w kilkunastu językach, a następnie reprodukcje obrazów Leonarda da Vinci plus plakat z napisem Schoppen und staunen. Das Schloss. (Kupować i podziwiać. Zamek). Rzeczywiście, stojąc na marmurowej mozaice, z podziwu wyjść nie mogłam, jak nisko upadł Leonardo (no, może nie tyle jak on sam upadł, ale co z nim zrobiono). Stałam dobrą minutę przy drzwiach na fotokomórkę z napisem Media Markt. Nie dla idiotów. 1 piętro, i myślałam: - Ale jazda, jeszcze tylko pokojówek i kamerdynera w tym pałacu brakuje.

Wykrakałam. Po chwili przyszła Pani ubrana w granatową sukienkę, biały fartuszek i białą opaskę na głowie. Przyniosła różne utensylia do sprzątania w tym miotełkę z piór (!), którą zaczęła odkurzać okolice marmurowej fontanny, ramki i obrazki z Leonardem, a ja tylko czekałam kiedy tymi piórami zacznie odkurzać napis Media Markt. Nie dla idiotów. 1 piętro. Pomyślałam, że chyba to jakiś performance i poszłam walczyć z tutejszą Tepsą. Po drodze zauważyłam jeszcze, że zamiast czegoś w stylu Radia Zet z głośników leci Vivaldi (już sama nie wiem co gorsze). Poszłam do toalety. Tu przywitały mnie 4 podobnie ubrane panie w fartuszkach i białymi czepeczkami na głowie, z których każda mówiła dzień dobry i życzyła miłego dnia, a gdy myłam ręce dwie (!) stały obok mnie i podawały papierowe ręczniki. Pełen absurd: oto w toalecie SUPERMARKETU masz się poczuć jak księżna w pałacu w asyście pokojówek. Dobrze, że chociaż nie chciały mi podawać papieru w kabinie. Bo takie rzeczy, to tylko w galerii. To przeżyłam kiedy Aneta Mona Chisa i Lucia Tkačowa podawały mi papier w toalecie galerii Raster, - przepraszam - Świetlicy Raster. Ale wtedy przynajmniej miałam pewność, że to jest sztuka.

PS.1. Skonsultowałam i okazuje się, że wszystko ze mną w porządku, takie problemy mam nie tylko ja. Koło pracowni Olgi Lewickiej mieści się supermarket, który kiedyś nazywał się Forum Neuköln. Dodajmy, że miejsce gdzie w Berlinie znajduje się Galeria obrazów, Nowa Galeria Narodowa i Filharmonia nazywa się Kulturforum. Okazało się, że Oldze często się nazwy myliły i o supermarkecie mówiła Kulturforum Neuköln. Na szczęście nazwę sklepu zmienili na Arkady. Tak, jak w Warszawie. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że jedną z bardziej doskonałych marketingowo nazw jest nazwa Galeria Zachęta. W ostateczności może być też Delikatesy Zachęta.

Delikatesy Zachęta, Kraków

PS2. Moja przyjaciółka urodziła dziecko. Na razie jako jeden z większych problemów wychowawczych zwiastuje wytłumaczenie za jakieś 10 lat dziecku, co to znaczy galeria, pałac, a co supermarket. Ja mam z tym problem już teraz.

22:29, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
Czaszki

Spotkanie na piwie z Olga Lewicka. Miejsce bardzo dziwne, mroczne, lynchowsko-hopperowskie. Jest juz wieczor, ale wchodzimy jako pierwsze. Pusto i ciemno. Olga przynosi torebke z ubieglego BB , te slynna czarna plocienna z czaszkami. Rozmawiamy o czaszkach, o tym, ze ostatnio bardzo modne, i ze Joanna Zielinska od dawna zbiera ubiory z czaszkami, (o! co znaczy intuicja dobrego kuratora!), ja mysle o artykule Czaszka jako fetysz, ktory opublikowala onegdaj Iza Kowalczyk na swoim blogu. http://strasznasztuka.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?2 I nagle Olga pokazuje swoja szklanke z piwem... 

A poza tym, jak poinformowali Artbazaarowcy, Czaszka Damiena Hirsta zostala sprzedana za 50 milionow funtow.

A Laura doslala wlasnie cos, co jej chodzi po glowie...

No, naprawde cos zlego wisi w powietrzu...

15:06, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Niewesolo

Balon, ktorego pekniecia wszyscy sie tak obawiaja, w koncu ma nie wytrzymac. Nadejscie apokalipscy na rynku sztuki w przeciagu 6 do 12 miesiecy zwiastuje miliarder i jeden z najwiekszych kolekcjonerow na swiecie, Eli Broad. Na gieldach tez ponoc niewesolo. A ktos obiecywal, ze bedzie latwo? http://www.art-magazin.de/kunstmarkt/1178/heftiger_crash_wie_1990

Pocieszajace jest tylko to, ze kazdy kij ma dwa konce. Gdy ceny pikuja, ci, ktorych jeszcze na to stac, robia najlepsze zakupy. Oni powinni sie cieszyc i szykowac magazyny na najlepsze dziela sztuki. Ale na szczescie to wszystko nie dotyczy nas tylko tych, co maja po kilkanascie zer przed przecinkiem na koncie. Uff... jak dobrze jest nie byc milionerem ;-)

14:49, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 sierpnia 2007
Fajną wystawę wczoraj widziałam. Cz.1 Schmerz

Tu i ówdzie oglądam dużo wystaw, które uciekają w natłoku zdarzeń codziennych. Nie jestem w stanie o nich pisać, bo nie jestem maszyną do pisania. Dlatego otwieram niewielki cykl pt. „Niezłą wystawę wczoraj widziałam. Ty, a momenty były?” Niezależnie od tego czy „momenty były” czy nie, postaram się coś wygenerować, nawet drobnego, choćby pamiątkowe zdjęcie :-) W Hamburger Bahnhof niedawno skończyła się kapitalna wystawa pt. Schmerz (Ból). Organizowały ją HB i Muzeum Anatomiczne szpitala Charite, mieszczącego się jakieś 400 metrow dalej. Lubię takie zestawienia, bo poszerzają kontekst sztuki. Sztuka współczesna plus sztuka dawna, albo w ogóle nie-sztuka (podobna wystawa to Artempo na Biennale w Wenecji, choć wcale nie w ramach biennale). Co tu było: np. Francis Bacon obok szafy pełnej preparatów anatomicznych, Marina Abramović ('Art must be beautiful', 'Artist must be beautiful') i Święta Agata Tiepolo, plus średniowieczny św. Sebastian , video Sam Taylor Wood i oczywiście Arnulf Reiner. Moim ulubionym zestawieniem było jednak video Billa Violi (Observance) i niewielki krucyfiks woskowy z XVIII w. Co ciekawe – krucyfiks był modelem anatomicznym. Chrystus miał zdejmowaną klatkę piersiową a w środku dokładnie odwzorowane wszystkie narządy.

Bill Viola i woskowy Chrystus - model anatomiczny z XVIII w

Preparaty anatomiczne odwoływały sie do fizjologii bólu, jednak bólu nie wywoływały. Powodowały go natomiast te prace i przedmioty, które odwoływały się najczęściej do emocji i pamięci ciała. Zapewne wszystko zależy od cech osobniczych, ale strachu przed bolem nie wywoływały u mnie choćby najstraszniejsze „flaki” w słoiku z formaliną. Dosłowność straciła swoją moc. Nie działa (przynajmniej na mnie). Wywołuje jedynie ciekawość poznania, natomiast ciarki na plecach przechodzą w momencie zapowiedzi bólu lub przywołania w pamięci jego narzędzi (np. drążek obciągnięty skórą który pacjentom operowanym bez znieczulenia wkladano między zęby). To dowód, że ból odnosi się do psychiki, nie do ciała. Trasa między dwoma muzeami zaznaczona była „drogą krzyżową”: rzędem plakatów z symbolami – czarnymi konturami przedmiotów, które kojarzą się z bólem np. żyletką, igłą, piłą, krzyżem ect. Bardzo proste, ale skuteczne. Inny przykład - w jednej z sal na długim stole wyłożono wszystkie istniejące narzędzia chirurgiczne. Wyglądało to jak cesarska zastawa stołowa finezyjnie poukładana na pięknym białym obrusie niczym zapowiedź wielkiego przyjęcia, co miało wręcz perwersyjną wymowę.

Narzedzia chirurgiczne

Cala wystawa miała konstrukcję medyczno-religijną. Podzielona była na rozdziały o łacińskich tytułach odwołujących się do medycyny albo teologii np. ARMA CHRISTI (tutaj średniowieczne prace indeksujące czy to w malarstwie czy w literaturze narzędzia męki i rany Chrystusa), COMPASSIO (współcierpienie, jeden z podstawowych terminów średniowiecznej teologii – źródło ekspresyjnych nurtów głównie w XIV-wiecznej sztuce. Nawiasem mówiąc, szkoda, że nie było tu takich rzeczy jak np. XIV wieczne krucyfiksy np. ten z MNW Wrocławia, na którym Chrystus ma ciało usiane kroplami krwi, ale za to był tu Bill Viola i ów woskowy krucyfiks) albo PLACEBO (o, tu kapitalne rzeczy jak maleńkie drzeworyty z wizerunkiem Matki Boskiej które połykało się w charakterze pastylek uzdrawiających wszelakie choroby). Ból rozpatrywano tu w naprawdę wielu aspektach. Jako karę (tortury) i przyjemność seksualną (np. policyjne zdjęcia z obdukcji wypadków zgonu w wyniku rytuałów masochistycznych). Ból jako fizjologia i ból jako przeżycie duchowe. Ból destrukcyjny i kreacyjny, inspirujący. Fantastyczne było zestawienie rękopisów Jana Sebastiana Bacha z Pasji wg. Św Mateusza i drzeworytów z Pasji Albrechta Dürera.

Belinda de Bruyckere, preparaty i Francis Bacon

Moja przyjaciółka dentystka, dla której ta spiżarnia słoików z konfiturami z części ludzkich w formalinie, jak również wszystkie owe chromowane „narzędzia zbrodni” są chlebem powszednim, na której skalpel czy piła do cięcia kości robią takie wrażenie jak tusz do rzęs, zapytała: no dobrze, ale gdzie tu jest sztuka i dlaczego te rzeczy pokazywane są w galerii? Słuszne pytanie. A choćby dlatego że te przedmioty budują nowe konteksty dla dziel sztuki i odwrotnie. A przede wszystkim dlatego, że w dialogu (pojedynku?) sztuka – medycyna okazuje się, że to, co medycyna od tysiącleci usiłuje obnażyć, zdemaskować, nazwać, policzyć, okiełznać, to sztuka chce ukryć, zachować w tajemnicy, bo tu kryje się siła jej ekspresji. Im bardziej medycyna chce wiedzieć, tym bardziej jest bezradna (pomimo oczywistych sukcesów), natomiast sztuka w pewnym sensie zastąpiła dziś rolę wiary i jest jedyną, która sobie z bólem i śmiercią dość dobrze radzi i potrafi je tłumaczyć. Z punktu widzenia medycznego np. zdjęcia Rineke Dijkstra kobiet, które właśnie urodziły dziecko mówią niewiele. Odwrotnie proporcjonalnie do tego, ile mówią one z punktu widzenia sztuki.

Z tylu Marina Abramović , na pierwszym planie Sw. Sebastian.

Sytuowanie bólu w kontekście sztuki ma poważną pułapkę. Można tu wpaść w pułapkę "bólu tworzenia", bebech twórczych najczęściej wypluwanych na płótna przez artystów, którzy chcą widza zainteresować swoim cierpieniem. Na szczęście nic takiego tu się nie znalazło, bo ból artysty nikogo tu nie interesował. Uff…

Natomiast brakowało mi dwóch rzeczy. Zdecydowanie filmu Artura Żmijewskiego Karolina, przenoszącego ból ze sfery prywatnej w społeczną, sytuującego ból w kontekście społecznym. Może też serii Oko za oko, ale Karoliny przede wszystkim. To chyba najbardziej aktualne postrzeganie bólu, jakiego nie dorobiła się jeszcze nauka (chyba?) a sztuka – jak najbardziej. Na drugim biegunie sposobu mówienia o bólu mógłby sytuować żart, dowcip. Była wprawdzie jedna bajka dla dzieci - film animowany (chyba produkcji NRD, nie pamiętam, sprawdzę) zresztą bardzo zabawny o tym, jak to jednego pana bolało kolano i poddał się wszelkim badaniom medycznym, jednak nauka mu nie pomogła, za to opaska wydziergana z wełny owczej przez pasterza natychmiast kolano wykurowała. Ale co do dowcipu dla dorosłych a nie dla dzieci (i to dowcipu w kontekście sztuki) to bardzo tęskniłam za video Józefa Robakowskiego: Moje wideo-masochizmy (1989), Ojej, boli mnie noga! (1990). Szkoda. Ale i tak wystawa pyszna.

23:57, ichweissnicht
Link Komentarze (3) »