o sztuce i innych zjawiskach
RSS
sobota, 29 grudnia 2007
Życzenia na nowy rok
Zbliża się nowy rok, trzeba składać życzenia.

Życzeń mam dużo: dla polskiej sztuki, dla artystów, dla społeczeństwa i dla siebie samej. Musiałabym się rozpisywać, ale skoncentruje się na dwóch. Pierwsze będzie życzeniem w kategoriach „życzenia polityczne”, drugie należy do kategorii ekonomicznych.

Życzenie 1.

Sztuka z polityką nie miewa dużo wspólnego, ale jak już ma to ostro i na pieńku. Żadna ze stron bowiem nie ma o tej drugiej dobrego zdania. Problem polega na tym, ze sztuka o polityce mówi często i źle (w ciągu ostatnich kilku lat odbyło się kilka istotnych wystaw). Polityka tego nie lubi (a któż lubi wytykanie błędów?), więc o sztuce woli milczeć (to najlepsza metoda usuwania z dyskursu publicznego). Ale kiedy już polityka coś o sztuce powie, to zwykle używa jej jako narzędzia propagandy w rozumieniu kampanii negatywnych. Co i rusz wybuchają wszelkiej maści skandale o naruszenie dóbr, polityka usiłuje sztuce nałożyć kaganiec, wymachuje nią w kościołach, ściga i osądza ect.

W ostatnich dniach natomiast doniesiono mi uprzejmie, że w gazecie o nazwie Gala wypowiadała się Pani Premierowa Małgorzata Tusk. Ja nie mam pewności czy wypowiedź w Gali należy traktować poważnie, czy to tylko strategia budowania wizerunku, ale mniejsza o to. Oto Pani Tusk wymienia listę rzeczy, które chce (musi) zrobić. No i na koniec dodaje: Być może ta sytuacja nałoży na mnie nowe obowiązki, na przykład pracę społeczną. Jeśli starczy mi czasu, chciałabym tez zająć się promowaniem polskiej sztuki współczesnej. Uwielbiam ją, uważam że jest rewelacyjna i warta każdego wsparcia.

 


 

Czytałam ten fragment ze trzy razy oczom własnym nie wierząc. Nie mam pewności co do tego, co dokładnie Pani Tusk rozumie pod hasłem sztuka współczesna (może literatura, teatr, film, coś tam jeszcze), ale jeśli pod tym terminem rozumie to samo co ja - sztukę jako kulturę wizualną to wreszcie mam satysfakcje z tego, że w kolejce na wybory do Ambasady Polskiej stałam około dwie godziny na mrozie. A to już druga satysfakcja w tym roku , bo pierwszą było oczywiście to, że po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się, ze ktoś na kogo głosowałam wygrał. Ale to nawiasem mówiąc więc wróćmy do sztuki (rewelacyjnej zresztą :-)

Zatem moim życzeniem noworocznym jest po pierwsze, żeby to zdanie Pani Tusk powtarzała częściej, aby naród dowiedział się , że sztuka jest wartością intelektualną (no, nawet, jeśli będzie to ta część narodu którą Dorn nazwał wykszłatciuchami), a nie służy jedynie do obrażania wartości. Po drugie życzę nam wszystkim, żeby Pani Tusk dotrzymała słowa i tę sztukę wspierała. Swoja drogą, to zaczynam się zastanawiać - być może mówienie przez osobę publiczną w czasopismach skierowanych „do średniej krajowej minus” że sztuka jest rewelacyjna – jest właśnie dobrą metodą na przekonywanie owego narodu, wszak naród Obiegu nie czyta i do Zuja nie chodzi. Nie ma wyjścia., trzeba zacząć odgórnie. Pani Tusk dziękuje (i proszę o jeszcze, głośniej i odważniej)

Życzenie 2

Życzenie drugie ma naturę ekonomiczno psychologiczną (kto wie może psychiatryczną). Musze tu przytoczyć pewną historię, która niestety wydarzyła się naprawdę. W rolach głównych wystąpili: Artysta Psipsiński, Galeria prywatna X i Instytucja państwowa Y. Artysta Psipsiński, współpracujący na stałe z galerią X pokazywał tam swoje prace (wystawy, katalogi, ect). Pewnego dnia zgłosiła się do Psipsińskiego jedna z najważniejszych instytucji państwowych Y, której jednym z celów jest gromadzenie kolekcji. Instytucja zaproponowała Psipsińskiemu wystawę indywidualną. Co i szczęśliwie doszło do skutku. Następnie instytucja doszła do wniosku, że chciałaby zakupić prace Psipsinskiego do swoich zbiorów. Psipsiński lojalnie odesłał instytucję do swojej macierzystej Galerii X. Wtedy jednak usłyszał od jednej z pracownic, że Instytucja Y nie może zakupić prac Psipsińskiego w Galerii prywatnej X, gdyż wszyscy wiedzą, ze Instytucja organizowała Psipsińskiemu wystawę, znaczy że się z artystą znają OSOBIŚCIE. Wiec mogą kupić tylko od niego bezpośrednio, bo jak kupią od Galerii X to kontrola NIKu wykaże, iż nastąpiła próba KORUPCJI.

Zatem moim drugim życzeniem dla sztuki polskiej jest, aby nie mylono zdrowych zasad rynku sztuki z korupcją i to - co gorsza - w samym mateczniku, czy inaczej pod latarnią. Na początek tyle życzeń wystarczy.

01:58, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 grudnia 2007
Jaremianka. Rekordy i rarytasy

Niedawno w domu aukcyjnym Karl&Faber w Monachium wylicytowano piekną monotypię Marii Jaremy.

Praca pochodzi z 1958 roku i była wystawiana na Biennale w Wenecji. Rewelacja. Estymacja wynosiła tylko 4-5 tys euro - bzdura. Szczegóły tutaj: http://www.karlundfaber.de/auktion/online-katalog-1/catalog_view?Type=CatalogItem&SearchableText=jarema) Dlatego nie dziwi, że praca poszybowała przy ostrej walce klientów z Polski do pułapu przekraczajacego 70 tys euro. Po doliczeniu prowizji domu aukcyjnego nowy własciciel musi zapłacić 106 tys euro. (juz zaplacil i juz przywiozl do Polski).

Tym samym praca ta pobila ostatni rekord Jaremianki z 30 listopada 2005 kiedy Postacie (KOMPOZYCJA 3) uzyskały w Rempexie 270 tys złotych. (nie wiem ile to wtedy było euro, prawdopodobnie ok 67-70 tys euro, dzis byloby to ok 75 tys euro, czyli łeb w łeb z tą z Monachium).

Praca wylicytowana w Monachium (jak i ta wyicytowana w Warszawie w 2005) jest znakomita, ma swietną historię. Na dodatek burzy mit, że prace na papierze nie powinny dużo kosztować bo są nietrwałe i takie tam bzdury. A oczywsicie, powinny. Zależy, co to za prace.

Nowemu właścicielowi serdecznie gratuluję. Mam bowiem do Jaremianki pewną emocjonalną słabość. Po pierwsze była znakomitą artystką. Po drugie - rzeźbiarką!!! (ta niedoceniona rzeźba w sztuce polskiej - a ja tak lubię rzeźbę!) Po trzecie była kobietą. Jak na tamte czasy osiagneła coś, co nie było mozliwe do osiągnięcia przez artystkę. Do tego była niesamowitą osobą. Wspólnie z Józefem Chrobakiem spisywaliśmy kiedys jej listy i notatki. Później Józef wydał to jako książke. Maria Jarema, wspomnienia, zapiski. i komentarze”. Stowarzyszenie Artystyczne Grupa Krakowska, 2001.

No dobrze, to ja przebijam ;-)

Widziałam coś, o czym kilka osób słyszało, że istnieje. Ale co mało kto widział. Otóż był to tomik poezji Juliana Przybosia wydany w 1942 roku w ilosci ... 10 egzemplarzy. Przyboś pisał to ręcznie, w środku okupacji a tomik nosił tytuł Póki my żyjemy. A okładkę zaprojektowała (czyli po prostu namalowała) Maria Jarema. Absolutny biały kruk, bo o ile mi wiadomo zachował się w 1 egzemplarzu. Numer 8. Rarytas...

 

 

 

23:32, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 grudnia 2007
Pocztówka z Paryża (dla Deborda)

Niedawno byłam w Paryżu na targach Paris Photo. Było to dla mnie przeżycie na tyle fatalne, że odsuwałam od siebie jakąkolwiek myśl o pisaniu. Ale wczoraj znalazłam się w Bunkrze Sztuki na przeglądzie filmów Guy Deborda. Debord „co i rusz” powracał do wizji Paryża jako raju utraconego, który zatruty współczesnością i współczesnym społeczeństwem zatracił ową wspaniałość z lat jego młodości. Oglądając te jego zachwyty nad Paryżem (i utyskiwania nad społeczeństwem współczesnym) pomyślałam – no i nic dziwnego! Dziwię się, że on sam się dziwił. Paryżanie sami zapracowali na ten spektakularny upadek.

Dzień 1.

Strajk metra. Nic nie szkodzi, można przecież chodzić piechotą. Ładnie. Targi Paris Photo - Konserwa. No nic, znajdę coś innego.

Dzień 2.

Strajk metra. Pusto na ulicach. Paryżanie, którzy w większości mieszkają pod Paryżem nie przyjeżdżają do pracy. No chyba że ktoś ma samochód i przypadkiem chce się mu pracować. Korki na ulicach, a chodniki puste - dziwne. Spacerują tylko turyści. Do Luwru i z Luwru. Wertuję przewodnik z aktualnymi wystawami. Ze sztuką współczesną kiepsko. Zastanawiam się czemu we Francji nie ma ciekawej sztuki współczesnej. Z niewielkimi wyjątkami, ale jednak - nie ma.

Dzień 3 .

Strajk metra. Na szczęście kawiarnie pracują (a jakże! A gdzie oni mogliby robić rewolucje!) wieć można zjeść naprawdę pyszne śniadanie. Spacer do Centre Pompidou. Jedyna wystawa, która mnie tu naprawdę interesuje – David Claerbout - jest zamknięta z powodu strajków metra, bo pracownicy nie mogą dojechać do pracy. No jasne! Bo rzutników wideo musi pilnować chmara ludzi… Oglądam resztę. Nie spieszę się, i tak jest poniedziałek, wszystko inne zamknięte, a wieczorem wylatuję.

Lotnisko. Pani zamyka mi bramkę przed nosem i mówi z uśmiechem – Przepraszam, ale mamy strajk. Ja baranieję. – Przepraszam, ale ja mam lot – odpowiadam. A ona: – A my strajk. Żaden samolot więcej nie wyleci. Tłumy ruszają do 2 okienek przełożyć lot na najbliższy możliwy termin. Pani w okienku informuje: Dziś? – Zapomnij. Juro?- Zapomnij. Pojutrze? - Może. Ale nie wiem. Rezerwuje na pojutrze. Mam wrażenie, że jedyne co jeszcze jeździ to autobus z lotniska. Wracam do centrum. Deszcz.

Dzień 4

Strajk metra. I lotnisk. Badam sytuacje na kolei. Na dworcu Montparnasse same gołębie. Tak głośno gruchają, że wydaje mi się, że to jakaś instalacja artystyczna albo scena z filmu. Pusto. Czynne tylko 2 kasy ale nie wiem po co, bo wielka tablica odjazdów i przyjazdów informuje, że wszystkie pociągi odwołane. Ten widok przypomina mi pracę Krisa Martina z BB4 (Mandi II, 2003). Czuje się jak w filmie science fiction. Do strajku przyłączają się wszyscy urzędnicy państwowi. Chaos. Muzea zamknięte. Zaczynam się naprawdę nudzić. Poczucie przymusowego urlopu w Paryżu zamienia się w poczucie uwięzienia.

Dzień 5

Strajk metra. Na ulicach nadal korki, na chodnikach jakby więcej ludzi. Ale! Podobno 1 linia metra jeździ. Idę to sprawdzić. Nie spodziewam się ze właśnie tu nastąpi najbardziej filozoficzne wydarzenie tego wyjazdu. Na stacji Concorde siedzi ok. 30 osób. Zupełnie bez ruchu, jak manekiny. Wydaje mi się to dziwne. Na tablicy wyświetla się informacja o tym, że metro nie przyjedzie. Ale skoro ludzie czekają, to znaczy że metro jeździ. Czekam. Czasem ktoś schodzi na stację, czasem wychodzi. Na tablicy bez zmian. Pytam jedną kobietę – nie chce ze mną rozmawiać. Pytam inną. To przyjedzie to metro czy nie? Ona przechyla głowę, z pobłażliwym uśmiechem (wiadomo, turystka!) mówi tonem jak lekarz do wariata: - Może tak, może nie… Ja nie wierzę własnym uszom, to chyba żarty. - To na co pani czeka? – pytam – Na wszelki wypadek .

jakby tego było mało, wszystko to dzieje się na tle plakatu – reklamy galerii Lafayette. Rozebrany do pasa facet trzyma w ręce książkę. Tą książką jest Społeczeństwo konsumpcyjne Baudrilliarda. Ta reklama zatrzymuje mnie w osłupieniu nad bezczelnością społeczeństwa konsumpcyjnego. Poziom absurdu tej sceny przekracza u mnie dopuszczalną dawkę i zaczynam się śmiać. Idę w kierunku wyjścia. W korytarzu stoi muzyk i gra na trąbie. Gra… Marsyliankę.

To nie jest scena wymyślona, bo wprawdzie wyobraźnię mam, ale nie aż tak bujną. To wydarzyło się naprawdę.

Panie Debord, czy Pana to by nie zdziwiło? Przecież to wszystko jest na wasze własne życzenie. Dziś nie trzeba prowadzić wojen, wystarczy tylko zamknąć lotniska, dworce i metro. Chcieliście anarchii?

PS. 1. Chce się dostać na lotnisko. Na przystankach ludzie dzwonią po taksówki, ale bez skutku. Autobus spóźnia się już 45 minut, a samoloty na nikogo nie czekają (o ile w ogóle odlatują, ale tego nie wiem). Po ponad godzinie zaczynam się martwić wizją spędzenia kolejnych dni w Paryżu przy zamkniętych muzeach. Autobus wreszcie przyjeżdża. Nie zabiera wszystkich chętnych, na szczęście mi się udaje wcisnąć. Po kolejnej godzinie wjeżdżamy na autostradę. Kierowca dostaje komunikat: tego dnia żaden autobus więcej nie pojedzie na lotnisko. Na polach elizejskich jest demonstracja i ta część Paryża jest zamknięta. Nadal nie wiem czy dziś polecę. Kiedy siedzę w samolocie mruczę pod nosem: – nigdy więcej Paryż. Sąsiadka z boku (Niemka): - Terroryści. Faszyści.

Kiedy przylatuję do Berlina, w Niemczech odwołuje się strajk pociągów.

 

Ps. 2 Agata Araszkiewicz pisze, że ten facet to Frédéric Beigbeder. No to znaczy, że reklama jest bezczelna do potęgi. Rewelacja. Jestem zachwycona. I to jest jedyne pozytywne uczucie które pozostało po podrózy do Paryza.

01:27, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 grudnia 2007
W Krakowie bez zmian

Kraków ma ciśnienie na zmiany. Wprawdzie nie trzeba tu przyjeżdzać, żeby sie dowiedziec co nowego, bo np. kolejny Ex Krakowianin Maro donosi na łamach GW o newsach: http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35796,4740277.html Kolejne newsy o tym, że w koncu jednak muzeum w Krakowie bedzie (a nawet trzy - czyli lepiej niż szampon wash and go) zaanonsowane sa tu: http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35796,4740252.html A o tym, że na to i tak bedzie niewiele pieniędzy mozna poczytac tu: http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35796,4740251.html

Przyjechałam wreszcie do Krakowa. Huraaa! Jak ja się steskniłam! Za domem, za tym, że idąc do bunkra spotykam 4 znajomych, a nawet za tym ohydnym dymem papierosowym w śmierdzących knajpach. No więc delektuje sie tak moim ukochanym miastem, delektuję, napawam i cieszę, aż tu w oczy rzuca mi się w sklepie lokalny dodatek do GW. Cytuje w całości, żeby mieszkańcom miast postronnych niż nasz pępek polskiej kultury, fenomen ten nie uszedł uwadze.

Urząd chciał kultury wysokiej, ale pomylił adres

Dawid Hajok

Władze Krakowa chcą, aby śladem Bilbao, Wenecji czy Berlina w mieście powstała filia prestiżowego Muzeum Guggenheima. Niestety, okazało się, że ktoś źle zaadresował list prezydenta miasta w tej sprawie do Fundacji Geggenheima. Adresat zapewnia, że kocha Kraków i pomoże doręczyć list we właściwe miejsce.

Decyzja o budowie muzeum, firmowanego marką znanej na całym świecie Fundacji Guggenheima, byłaby dla Krakowa szansą na podwyższenie notowań w dziedzinie kultury, a przede wszystkim sporym wydarzeniem podnoszącym prestiż miasta. Niestety, list intencyjny, w którym władze wyrażają chęć podjęcia współpracy, został źle zaadresowany.
- Patrząc przez pryzmat sukcesu Bilbao, postanowiłem powalczyć o podobne muzeum dla Krakowa. Marka Guggenheima działa na turystów jak magnes - mówi radny PO Tomasz Bobrowski, autor pomysłu. Do swojej idei udało mu się przekonać prezydenta miasta.
W liście napisanym przez Janusza Sepioła, ówczesnego pełnomocnika prezydenta ds. kultury, czytamy: "Pełni uznania dla działalności Fundacji Guggenheima, dzięki której ludzie w wielu krajach mają szansę podziwiać największe dzieła sztuki XX wieku, zastanawiamy się, czy możliwe byłoby zawiązanie jakieś formy współpracy pomiędzy Fundacją a miastem Kraków. Wypracowanie porozumienia, które pozwoliłoby na zaprezentowanie niektórych skarbów Fundacji krakowianom i odwiedzającym miasto turystom, byłoby spełnieniem naszych marzeń".
Kilka dni temu zdziwieni włodarze przeczytali odpowiedź Edwarda Hirscha, prezesa fundacji The John Simon Guggenheim: "Dziękuję za list. Kocham Kraków, ale jestem prezesem innej Fundacji Guggenheima, która zajmuje się wspieraniem wybitnych specjalistów". Dalej Hirsch zaznacza, że oczywiście pomoże nam w doręczeniu listu właściwemu adresatowi, Thomasowi Krensowi, dyrektorowi fundacji The Solomon R. Guggenheim.
- To, co się stało, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To dla nas całkowita kompromitacja - komentuje oburzony Bobrowski. Władze szukają winnych. - Odpowiedzialnym za koordynację działań związanych z nawiązaniem kontaktu z odpowiednią fundacją, również takich jak dopilnowanie, czy list został właściwie zaadresowany, był pan Sepioł oraz jego sekretariat - tłumaczy Marcin Helbin, rzecznik prezydenta Krakowa, i zapowiada, że w stosunku do osoby, która popełniła błąd, zostaną wyciągnięte konsekwencje.
Co na to były pełnomocnik Sepioł? - Ja pisałem ten list, ale nie pamiętam, kto go wysłał. Poza tym pierwszy raz słyszę, że są dwie Fundacje Guggenheima. Senator zapowiada jednak, że jeszcze dziś zajmie się wyjaśnianiem zamieszania.
Według Bobrowskiego, pomimo błędu, pierwszy list w sensie merytorycznym był dobry. - To mógł być udany początek współpracy. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko skierować kolejną prośbę do prezydenta miasta o wysłanie nowego dokumentu, tym razem we właściwe miejsce. Pozostały mi jeszcze trzy lata kadencji, mam więc nadzieję, że w tym czasie pismo trafi we właściwe ręce - mówi Bobrowski.

Jaka jest różnica?
- The John Simon Guggenheim Foundation przyznaje granty dla specjalistów z dziedziny nauk przyrodniczych, społecznych, humanistycznych oraz dla środowisk twórczych. Organizacja nie udziela wsparcia studentom.www.gf.org
- The Solomon R. Guggenheim Foundation jest korporacją działającą pro publico bono założoną w 1973 roku przez filantropa Solomona R. Guggenheima oraz artystę Hille von Robay. W ramach swej dotychczasowej działalności fundacja realizowała budowy międzynarodowych muzeów zlokalizowanych kolejno w: Nowym Jorku, Wenecji, Bilbao, Berlinie oraz Las Vegas. www.guggenheim.org

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
---

To tyle, jesli chodzi o artykuł. Na początku sie jeszcze smiałam, szybko mi jednak przeszło. Czyli w Krakowie bez zmian pomyślałam. Strach sie bać.

 

Ps. Aha. Potem dowiedziałam się jeszcze, że dzień wcześniej w telewizji publicznej puszczono podobno program, w którym autorzy interweniowali, iż twórcy ekspozycji o sztuce XX w. w Muzeum Narodowym w Krakowie popełnili błąd aresztując wiele wybitnych dzieł w magazynach zamiast pokazywać je na ekspozycji. Jednym z tak ohydnie dyskryminowanych twórców owych dzieł miał być - mam nadzieję (choć pewnosci juz nie) znany czytelnikom Adam Brincken, wykładowca tutejszej ASP.

No, to znaczy jestem w domu.  

23:14, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2007
Statystyki

Znalazłam w necie ciekawe informacje o tej gałęzi przemysłu która interesuje mnie najbardziej: o sztuce (ściślej o sztuce w Berlinie).

O Berlinie żartuje się, że mieszkają tu wszyscy artyści świata, a jeśli jeszcze nie mieszkają to na pewno się przeprowadzą. O tym, że Berlin postawił na kształtowanie swojego wizerunku jako miasta sztuki – wiadomo. Że na kolejne targi, otwarcia, imprezy przyjeżdżają tysiące ludzi – też. Pytanie tylko – ile i czy ktoś potrafi policzyć co z tego dla miasta wynika. (Zastanawiam się nad tym oczywiście w kontekście Krakowa, który również uchodzi za miasto kultury. Tyle tylko, że są to obiegowe opinie i dopóki ktoś tam nie przyjedzie, dopóty nie zweryfikuje legend z czasów PRLu. )

Teraz cyferki. Rok temu do Berlina przyjechało 7.08 miliona turystów (liczba noclegów w hotelach) ale nie wiadomo, ilu z nich przyjechało z powodu sztuki (musimy pamietac, że przede wszystkim tu sie oglada takie rzeczy jak mur, brama brandenburska itd). W tamtym roku berlińskie muzea odwiedziło 4 miliony widzów – ale znów nie wiadomo ile z nich było zamiejscowych. Znane są stare dane Związku Berlińskich Galerii (LVBG) z 2002, kiedy w mieście było ok. 300 galerii. Podają one, że wówczas galerie te odwiedziło 1.09 miliona widzów z czego 436 tysięcy byli to goście zamiejscowi. Tylko, że od tego czasu liczba galerii wzrosła do 400 (ja słyszałam już o prawie 500), a takie targi jak Art Forum, Liste, Berliner Kusntsalon i Preview, jak również imprezy typu Berlin Biennale czy Kunstherbst znacznie się rozwinęły a każda edycja pobija swoje wcześniejsze rekordy frekwencji.

Zatem co z tego wynika dla budżetu najbiedniejszego, zadłużonego po uszy miasta w Niemczech? (arm aber sexy – jak mówi burmistrz Wowereit) Ponownie LVBG oceniał (w 2003 r.), że przeciętne obroty galerii „są tu o 50 procent wyższe niż średnia krajowa”. Zatem i zyski dla miasta są większe, nie mówiąc o zysku podstawowym – wizerunku – który ściąga kolejnych turystów płacących za noclegi, wyżywienie, transport, itd. itd. (wielu z „artturystów” przyjeżdża z powodu sztuki, ale sama sztuka już na tym nie zarabia – natomiast zarabia branża turystyczna: hotele, gastronomia itd). Co jest jednak najważniejsze? Że galerie (i muzea) są maszynami tworzącymi miejsca pracy i zatrudniającymi tysiące ludzi z innych branż: od stałych pracowników przez inwestowanie w różne formy kształcenia studentów (praktykanci, tzw. minijob itd) po zatrudnianie wielu osób współpracujących przy targach, wystawach, produkcji prac, firm przewozowych, stolarzy, firm budowlanych, fotografów, ramiarzy, dziennikarzy, pr-owców, designerów, webmasterów, itd., itd., itd…. Działania te potęgują się przy okazji targów.

Zatem kultura się miastu po prostu opłaca. Sama na siebie zarobi (miasto zwykle rozkłada ręce pokazując dziury w kieszeniach) i jeszcze sprowadzi turystów, poprawi wizerunek, wpłaci podatki, stworzy miejsca pracy - zatem per saldo – „wirtschaftswunder”. A czy miasto wie dokładnie ile zarabia na sztuce? Nie. Bo nikt nie potrafi tego dokładnie policzyć. Wszystkie 22.600 przedsiębiorstwa związane z kulturą w 2005 roku wygenerowały obrót roczny w wysokości 18,6 Miliardów euro, co stanowi (UWAGA!) około 13 procent berlińskiego budżetu brutto. Z tego ok. 5400 przedsiębiorstw (1/4 branży kultury) jest czynna na rynku. Produkuje one 1.8 Miliarda euro obrotu (1/10 obrotu branży).

Przed 5 laty średni roczny obrót galerii berlińskich wynosił 200 tys euro, aktualnych danych nie ma. Statystyczny artysta zarabia tu (według Künstlersozialkasse - KSK) 11.094 euro rocznie. W kasie tej zarejestrowanych (ubezpieczonych) jest 140 000 artystów (trzeba pamiętać ze w te statystyki wliczeni są obok artystów dziennikarze i publicyści). Większości z nich wiedzie się marnie, bo tylko 6.500 zarabia ponad 30 000 euro rocznie. Dlaczego więc tu przyjeżdżają? Bo tu żyje się najtaniej w Niemczech, oferta kulturalna jest największa i największe potencjalne możliwości funkcjonowania w artworldzie - choć szanse sukcesu są porównywalne z trafieniem szóstki w totolotka. Więcej chętnych, zatem większa rywalizacja. Nie taki to raj jak go malują, ale i tak kolejni mają powód żeby tu zamieszkać.

Efekt jest taki, ze wystaw jest tyle, ze nikt nie jest w stanie ich zobaczyc. Trzeba by było zostać zawodowym oglądaczem i zajmować sie wyłacznie zwiedzaniem, a i tak nikt nie byłby w stanie ogarnąć tej nadprodukcji. Czy zatem naprodukcja sztuki jest wadą czy zaletą? Czy mamy dzis za duzo sztuki? Kto jest jej odbiorcą (konsumentem)? I dlaczego akurat Niemcy sa w stanie (chcą) pozolic sobie na ów luksus utrzymywania wielu instytucji państwowych, uruchamiajacych łańcuchy (nad)produkcji sztuki (chodzi np o stypendia dla zagranicznych artystów którzy po ukończeniu zwykle nie wracają do swoich rodzimych miast). Oczywiście nie narzekam z tego powodu - ze niby oto jest żle, bo jest za duzo sztuki - gdyz dla mnie (i dla wszyskich zawodowo ze sztuką związanych) jest to tylko powód do zadowolenia. Chodzi o to, że zmieniając miejsce z państwa (i miasta) kulturalnego niedoboru na państwo (miasto) kulturalnej nadprodukcji, stan ów rzuca mi się szczególnie w oczy poprzez kontrast z sytuacją, do której byłam przyzwyczajona. Natomiast jeśli kiedyś poznam odpowiedzi na powyższe pytania, na pewno o tym napiszę.

 

15:55, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 listopada 2007
Robert Kuśmirowski. DATAmatic 880

DATAmatic 880. Instalacja

Fotografie:

21:54, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 października 2007
Plan dojazdu i coś na zachetę

Ponieważ sporo osób wybiera sie do Berlina na otwarcie wystawy Roberta Kuśmirowskiego, podaję plan dojazdu do galerii z dworca głównego.

Wysiadacie na Hauptbahnhof i wsiadacie w U-bahn (jakikolwiek) w stronę Ostkreuz, jadąc 1 przystanek do Friedrichstrasse. Tu przesiadacie się do U6 w stronę Alt Mariendorf i jedziecie 3 przystanki. Wysiadacie na Kochstrasse, przy słynnym Checkpoint Charlie. Idziecie ulicą Kochstr, do skrzyżowania z Lindenstr. To jest jakies 500 metrów, punktem orientacyjnym jest wysoki zółty biurowiec Axela Springera z dużym wyswietlaczem na górze. Po przekątnej na tym skrzyżowaniu jest budynek z galerią - Lindenstrasse 35. Trzecie pietro po lewej.

Pojawiły się też liczne pytania o nocleg - w miare mozliwoci tani. Z najtańszych polecam bardzo fajny Hostel Generator Berlin. http://www.generatorhostels.com/polski/ . Nocleg ze sniadaniem własciwie jest tu prawie w cenie sniadania, od 14 do 20 euro. Generator jest w Ost - więc będzie bliżej po wieczornym party.

Info dodatowe: po wernisażu wybieramy się do Kaffee Karma, Sonntagstr 30. To jest przy stacji Ostkreuz, jakieś 300 metrów.

A poniżej cos na przynętę dla tych którzy sie jeszcze nie zdecydowali. Pozdrawiam i obiecuje, że po wernisażu wrócę do obowiązków blogowych.

 

 

Robert Kuśmirowski, DATAmatic 880, fotgrafia

11:36, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 października 2007
Zapraszam

 

02:51, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 października 2007
Pytania
W związku z wieloma zapytaniami co do niedawnych (i przyszlych) wydarzeń w Berlinie, muszę w skrócie objaśnić co następuje. W budynku zwanym roboczo Lindenhaus otwiera się własnie (to proces jeszcze nieskończony) 8 galerii: Galerie Niels Borch Jensen, Galerie Volker Diehl, Konrad Fischer Galerie Berlin (słynna galeria z Dusseldorfu otwiera tu dependance), Galerie Gebr. Lehmann (z Drezna - tez oddział), Galerie Nordenhake (przenosi sie z Zimmerstr.), Galleri Opdahl (Norwegia), Galerie Gregor Podnar (znana Galeria z Ljubliajny), oraz moja - Galerie Magazin.
 
Prapremiera miała miejsce przed artforum. Chcielismy zrobić coś w rodzaju parapetówki - co zamieniło się w techniczne otwarcie budynku. Dość zresztą udane, przyszło naprawde wiele osób. Prawie nikt z nas nie był gotowy ze wszystkim, a głównie z remontami. Jednym udało się zorganizować porządne wystawy (Galerie Nordenhake, Konrad Fischer, Volker Diehl, Opdahl) inni pokazali - wystawę na placu budowy (Baustelleaustellung - Niels Borch Jensen). Inni, zamiast pokazów czy wystaw zrobili party (bardzo miło! Gebr. Lehmann). Gregor Podnar do pustego pomieszczenia przed remontem wstawił cudowną rzeźbę Attila Csörgő - maszynerię, w której z patyczkow za pomocą silniczka i kilkudziesięciu obciążników układały sie na zmianę różne figury geometryczne. (Untitled - 1 tetrahedron + 1 cube + 1 octahedron = 1 icosahedron, 1999). Konrad Fischer zdążył z remontem i otworzył galerię - dependance berlin wystawą Carla Andre. Dokładnie 40 lat temu jego wystawa otwierała dzialaność galerii w Dusseldorfie, więc otwarcie w Berlinie to prezent urodzinowy. Piękna wystawa w pięknej przestrzeni. Ja zorganizowałam pokaz prac video Józefa Robakowksiego pt. Sztuka do bólu. (Oj, boli mnie noga, Moje videomasochizmy, Jestem elektryczny). W pomieszczeniu obok (przyszłe biuro) pokazaliśmy serię pięknych Termogramów. Video Robakowskiego robiło wrażenie - nomen omen - piorunujące (zwłaszcza to Jestem elektryczny). Ponizej zdjecie z projekcji, natomiast zdjecia towarzyskie z otwarcia budynku pokazała juz kronika towrzyska Obiegu, więc juz je pewnie znacie.
 
 
 
W tej chwili galeria ma przerwę techniczną. Jej oficjalne otwrcie nastąpi 3 listopada wystawą Roberta Kusmirowskiego pt DATAMATIC 880. Wystawą tą Robert rozpoczyna dłuzszy cykl, który zakończy się... albo jeszcze nie zdradzę. Sami zobaczycie. Zapraszam !
23:39, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2007
Przerwa techniczna

Przeprazam, ze tak dlugo milcze. Powody technicze. Niedlugo bedzie cos nowego i postaram sie by dotyczylo to sztuki. Tymczasem krotka uwaga dotyczaca spoleczenstwa, jako przeciwwaga rownouprawnienia, o ktorym pisalam kiedys (moda na bycie ojcem). Skrajny seksizm pokazuje dla rownowagi, zeby nie bylo, ze w Niemczech mieszkaja same anioly. Kiedy szukalam numeru taksowki na stronie przedsiebiorstw taksowkarskich, na stronie wystapil blad. Zamiast komunikatu ERROR znalazlam taki:  http://www.taxi-in-berlin.de/errordoc/error404.php Obok napis:

Fehlerseiten müssen nicht langweilig sein... (Strony z komunikatem o bledzie nie musza byc nudne.)

Rzeczywiscie, ubawilam sie po pachy. Jade metrem

23:12, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »