o sztuce i innych zjawiskach
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2007
Karma w Berlinie!

Najpopularniejsza kawiarnia Warszawy KARMA otwiera swoją filię w Berlinie. Po roku walki z niemieckimi firmami, zalaniu i innych przygodach remontowych (a Kasha mówiła, żeby brać Polaków, to w trzy miesiące zrobią!), Laura i Marcin robią już pyszna kawę i inne rzeczy. Karma mieści się przy Ostkreuz (żeby z Warszawy było bliżej :-), przy ulicy Niedzielnej (Sonntagstr), dwie minuty od S-bahnu. Wyposazenie bliskie sercu: biurowe mebelki z lat 60. Baardzo wygodnie. Laura i Marcin zapowiadaja rozwoj programu i menu. Beda koncerty itd. Polecam!

Na zdjeciach ostatnie godziny przed otwarciem.

A to juz otwarcie. Zdjecia nieco pozniejsze.

22:45, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Migracja znaczeń czyli wszystko mi się miesza.

Na documenta 12 było o migracji obrazów. Ale migrują nie tylko obrazy, także znaczenia. Językoznawcy wielokrotnie śledzili historię znaczenia wyrazów czy pojęć, które po upływie dziesiątek czy setek lat zmieniały znaczenie nawet na przeciwstawne do pierwotnego. Dziś nie dość, że proces ten przybrał na tempie (media mogą w jeden dzień zmienić znaczenie jakiegoś wyrazu) to przytrafiają się też interesujące przypadki nieoczekiwanej zamiany znaczeń dwóch wyrazów. Do głowy (po raz kolejny) przyszedł mi przypadek, do którego nawet już się przyzwyczailiśmy. Po prostu poszłam do sklepu. Uooops, sorry, - do molla :-) Wiadomo, sklepy nazywają się teraz galeriami i nawet przestało mnie to dziwić. (Nawiasem mówiąc, przypomina mi się pewna rozmowa telefoniczna sprzed około roku, albo dwóch.. (?) Zadzwonił do mnie Łukasz Guzek, krytyk sztuki, prywatnie charakteryzujący się mocno obojętną postawą wobec konsumpcjonizmu. Z Łukaszem często spotykaliśmy się w Bunkrze Sztuki i okolicach w celach „okołoartystycznych”, takich jak: wystawa albo wystawa, ewentualnie wystawa (i piwo plus kawa). Łukasz zadzwonił i zapytał. – Słuchaj Monika, mam problem. Jestem w takiej galerii, chce coś znaleźć i się gubię. Mogłabyś przyjść i mi pomóc? Ja zaczęłam w pamięci szybko wertować wszystkie galerie w naszym mieście, do których Łukasz w ogóle miałby powód pójść, a które są jednocześnie na tyle duże żeby móc się w nich zgubić. Niestety, żadna nie przyszła mi do głowy. – Ale … w jakiej galerii?- zapytałam. – No nie wiem, taka duża tu na Kazimierzu. No, Galeria Kazimierz. Spodnie chce sobie kupić, a tu za dużo tych sklepów... Ja wtedy chyba nie miałam czasu, a Łukasz spodni nie kupił. Koniec dygresji). Zatem sklepogalerie jak Galeria Krakowska, Galeria Kazimierz, Galeria Mokotów i inne nas już nie dziwią.. Sklep chcąc budzić lepsze skojarzenia, sięga po wyższe wzorce kulturowe, by kupowanie ziemniaków czy spodni nobilitowało, by z codziennej czynności zrobić odświętną, atrakcyjną, pożądaną. Spece od marketingu nie śpią. Nie spały też galerie. W odpowiedzi na dewaluację znaczenia i komercjalizację słowa galeria , galerie sztuki paradoksalnie zamieniły się w Fabryki czy Supermarkety sztuki. Nie tylko w nazwie. Podczas gdy sklepy wyposażano w aleje z ławeczkami do wypoczynku (nie dziwota, skoro przez pół dnia walczysz z metalowym koszykiem o zepsutych kółkach i tysiącem wrzeszczących dzieci oraz specjalnymi promocjami piszczącymi z megafonu, aż w końcu uda ci się stanąć w kilometrowej kolejce do kasy i zapłacić za jajka i ser na co stracisz pół dnia, to wiadomo, że się zmęczysz) i marmurowe podłogi, wtedy wystrojem obowiązującym w galeriach zaczęły być found footage´owe :-) krzesła (znalezione w piwnicy i na śmietniku, a każde z innej parafii), wykładzina pamiętająca Gierka i oskubane ściany. Entourage biedy i bylejakości (charakterystyczny też np. dla krakowskich knajp) nawet zaczął pasować do sztuki i stał się atrakcyjny, przynajmniej na tyle, żeby nie odstraszać młodych ludzi sterylnością white cube, a wabić atmosferą sqotu. Gdy tylko galerie przestały wymagać od widza elegancji, dystansu i „odpowiedniego” zachowania, chodzenie do galerii stało się codziennością, zaczęto się tam spotykać na koncert, plotki i piwo. Supermarkety udają, że są galeriami, galerie udają, że są supermarketami, kawiarniami albo sqotami. Kultura niska sięga do wzorców kultury wysokiej, kultura wysoka - do masowej.

Ale wracając do faktu, że poszłam do sklepu. Tym razem sklep nazywał się Das Schloss czyli zamek. Na marmurowych schodach przywitały mnie złote litery z napisem ”witamy” w kilkunastu językach, a następnie reprodukcje obrazów Leonarda da Vinci plus plakat z napisem Schoppen und staunen. Das Schloss. (Kupować i podziwiać. Zamek). Rzeczywiście, stojąc na marmurowej mozaice, z podziwu wyjść nie mogłam, jak nisko upadł Leonardo (no, może nie tyle jak on sam upadł, ale co z nim zrobiono). Stałam dobrą minutę przy drzwiach na fotokomórkę z napisem Media Markt. Nie dla idiotów. 1 piętro, i myślałam: - Ale jazda, jeszcze tylko pokojówek i kamerdynera w tym pałacu brakuje.

Wykrakałam. Po chwili przyszła Pani ubrana w granatową sukienkę, biały fartuszek i białą opaskę na głowie. Przyniosła różne utensylia do sprzątania w tym miotełkę z piór (!), którą zaczęła odkurzać okolice marmurowej fontanny, ramki i obrazki z Leonardem, a ja tylko czekałam kiedy tymi piórami zacznie odkurzać napis Media Markt. Nie dla idiotów. 1 piętro. Pomyślałam, że chyba to jakiś performance i poszłam walczyć z tutejszą Tepsą. Po drodze zauważyłam jeszcze, że zamiast czegoś w stylu Radia Zet z głośników leci Vivaldi (już sama nie wiem co gorsze). Poszłam do toalety. Tu przywitały mnie 4 podobnie ubrane panie w fartuszkach i białymi czepeczkami na głowie, z których każda mówiła dzień dobry i życzyła miłego dnia, a gdy myłam ręce dwie (!) stały obok mnie i podawały papierowe ręczniki. Pełen absurd: oto w toalecie SUPERMARKETU masz się poczuć jak księżna w pałacu w asyście pokojówek. Dobrze, że chociaż nie chciały mi podawać papieru w kabinie. Bo takie rzeczy, to tylko w galerii. To przeżyłam kiedy Aneta Mona Chisa i Lucia Tkačowa podawały mi papier w toalecie galerii Raster, - przepraszam - Świetlicy Raster. Ale wtedy przynajmniej miałam pewność, że to jest sztuka.

PS.1. Skonsultowałam i okazuje się, że wszystko ze mną w porządku, takie problemy mam nie tylko ja. Koło pracowni Olgi Lewickiej mieści się supermarket, który kiedyś nazywał się Forum Neuköln. Dodajmy, że miejsce gdzie w Berlinie znajduje się Galeria obrazów, Nowa Galeria Narodowa i Filharmonia nazywa się Kulturforum. Okazało się, że Oldze często się nazwy myliły i o supermarkecie mówiła Kulturforum Neuköln. Na szczęście nazwę sklepu zmienili na Arkady. Tak, jak w Warszawie. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że jedną z bardziej doskonałych marketingowo nazw jest nazwa Galeria Zachęta. W ostateczności może być też Delikatesy Zachęta.

Delikatesy Zachęta, Kraków

PS2. Moja przyjaciółka urodziła dziecko. Na razie jako jeden z większych problemów wychowawczych zwiastuje wytłumaczenie za jakieś 10 lat dziecku, co to znaczy galeria, pałac, a co supermarket. Ja mam z tym problem już teraz.

22:29, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
Czaszki

Spotkanie na piwie z Olga Lewicka. Miejsce bardzo dziwne, mroczne, lynchowsko-hopperowskie. Jest juz wieczor, ale wchodzimy jako pierwsze. Pusto i ciemno. Olga przynosi torebke z ubieglego BB , te slynna czarna plocienna z czaszkami. Rozmawiamy o czaszkach, o tym, ze ostatnio bardzo modne, i ze Joanna Zielinska od dawna zbiera ubiory z czaszkami, (o! co znaczy intuicja dobrego kuratora!), ja mysle o artykule Czaszka jako fetysz, ktory opublikowala onegdaj Iza Kowalczyk na swoim blogu. http://strasznasztuka.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?2 I nagle Olga pokazuje swoja szklanke z piwem... 

A poza tym, jak poinformowali Artbazaarowcy, Czaszka Damiena Hirsta zostala sprzedana za 50 milionow funtow.

A Laura doslala wlasnie cos, co jej chodzi po glowie...

No, naprawde cos zlego wisi w powietrzu...

15:06, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Niewesolo

Balon, ktorego pekniecia wszyscy sie tak obawiaja, w koncu ma nie wytrzymac. Nadejscie apokalipscy na rynku sztuki w przeciagu 6 do 12 miesiecy zwiastuje miliarder i jeden z najwiekszych kolekcjonerow na swiecie, Eli Broad. Na gieldach tez ponoc niewesolo. A ktos obiecywal, ze bedzie latwo? http://www.art-magazin.de/kunstmarkt/1178/heftiger_crash_wie_1990

Pocieszajace jest tylko to, ze kazdy kij ma dwa konce. Gdy ceny pikuja, ci, ktorych jeszcze na to stac, robia najlepsze zakupy. Oni powinni sie cieszyc i szykowac magazyny na najlepsze dziela sztuki. Ale na szczescie to wszystko nie dotyczy nas tylko tych, co maja po kilkanascie zer przed przecinkiem na koncie. Uff... jak dobrze jest nie byc milionerem ;-)

14:49, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 sierpnia 2007
Fajną wystawę wczoraj widziałam. Cz.1 Schmerz

Tu i ówdzie oglądam dużo wystaw, które uciekają w natłoku zdarzeń codziennych. Nie jestem w stanie o nich pisać, bo nie jestem maszyną do pisania. Dlatego otwieram niewielki cykl pt. „Niezłą wystawę wczoraj widziałam. Ty, a momenty były?” Niezależnie od tego czy „momenty były” czy nie, postaram się coś wygenerować, nawet drobnego, choćby pamiątkowe zdjęcie :-) W Hamburger Bahnhof niedawno skończyła się kapitalna wystawa pt. Schmerz (Ból). Organizowały ją HB i Muzeum Anatomiczne szpitala Charite, mieszczącego się jakieś 400 metrow dalej. Lubię takie zestawienia, bo poszerzają kontekst sztuki. Sztuka współczesna plus sztuka dawna, albo w ogóle nie-sztuka (podobna wystawa to Artempo na Biennale w Wenecji, choć wcale nie w ramach biennale). Co tu było: np. Francis Bacon obok szafy pełnej preparatów anatomicznych, Marina Abramović ('Art must be beautiful', 'Artist must be beautiful') i Święta Agata Tiepolo, plus średniowieczny św. Sebastian , video Sam Taylor Wood i oczywiście Arnulf Reiner. Moim ulubionym zestawieniem było jednak video Billa Violi (Observance) i niewielki krucyfiks woskowy z XVIII w. Co ciekawe – krucyfiks był modelem anatomicznym. Chrystus miał zdejmowaną klatkę piersiową a w środku dokładnie odwzorowane wszystkie narządy.

Bill Viola i woskowy Chrystus - model anatomiczny z XVIII w

Preparaty anatomiczne odwoływały sie do fizjologii bólu, jednak bólu nie wywoływały. Powodowały go natomiast te prace i przedmioty, które odwoływały się najczęściej do emocji i pamięci ciała. Zapewne wszystko zależy od cech osobniczych, ale strachu przed bolem nie wywoływały u mnie choćby najstraszniejsze „flaki” w słoiku z formaliną. Dosłowność straciła swoją moc. Nie działa (przynajmniej na mnie). Wywołuje jedynie ciekawość poznania, natomiast ciarki na plecach przechodzą w momencie zapowiedzi bólu lub przywołania w pamięci jego narzędzi (np. drążek obciągnięty skórą który pacjentom operowanym bez znieczulenia wkladano między zęby). To dowód, że ból odnosi się do psychiki, nie do ciała. Trasa między dwoma muzeami zaznaczona była „drogą krzyżową”: rzędem plakatów z symbolami – czarnymi konturami przedmiotów, które kojarzą się z bólem np. żyletką, igłą, piłą, krzyżem ect. Bardzo proste, ale skuteczne. Inny przykład - w jednej z sal na długim stole wyłożono wszystkie istniejące narzędzia chirurgiczne. Wyglądało to jak cesarska zastawa stołowa finezyjnie poukładana na pięknym białym obrusie niczym zapowiedź wielkiego przyjęcia, co miało wręcz perwersyjną wymowę.

Narzedzia chirurgiczne

Cala wystawa miała konstrukcję medyczno-religijną. Podzielona była na rozdziały o łacińskich tytułach odwołujących się do medycyny albo teologii np. ARMA CHRISTI (tutaj średniowieczne prace indeksujące czy to w malarstwie czy w literaturze narzędzia męki i rany Chrystusa), COMPASSIO (współcierpienie, jeden z podstawowych terminów średniowiecznej teologii – źródło ekspresyjnych nurtów głównie w XIV-wiecznej sztuce. Nawiasem mówiąc, szkoda, że nie było tu takich rzeczy jak np. XIV wieczne krucyfiksy np. ten z MNW Wrocławia, na którym Chrystus ma ciało usiane kroplami krwi, ale za to był tu Bill Viola i ów woskowy krucyfiks) albo PLACEBO (o, tu kapitalne rzeczy jak maleńkie drzeworyty z wizerunkiem Matki Boskiej które połykało się w charakterze pastylek uzdrawiających wszelakie choroby). Ból rozpatrywano tu w naprawdę wielu aspektach. Jako karę (tortury) i przyjemność seksualną (np. policyjne zdjęcia z obdukcji wypadków zgonu w wyniku rytuałów masochistycznych). Ból jako fizjologia i ból jako przeżycie duchowe. Ból destrukcyjny i kreacyjny, inspirujący. Fantastyczne było zestawienie rękopisów Jana Sebastiana Bacha z Pasji wg. Św Mateusza i drzeworytów z Pasji Albrechta Dürera.

Belinda de Bruyckere, preparaty i Francis Bacon

Moja przyjaciółka dentystka, dla której ta spiżarnia słoików z konfiturami z części ludzkich w formalinie, jak również wszystkie owe chromowane „narzędzia zbrodni” są chlebem powszednim, na której skalpel czy piła do cięcia kości robią takie wrażenie jak tusz do rzęs, zapytała: no dobrze, ale gdzie tu jest sztuka i dlaczego te rzeczy pokazywane są w galerii? Słuszne pytanie. A choćby dlatego że te przedmioty budują nowe konteksty dla dziel sztuki i odwrotnie. A przede wszystkim dlatego, że w dialogu (pojedynku?) sztuka – medycyna okazuje się, że to, co medycyna od tysiącleci usiłuje obnażyć, zdemaskować, nazwać, policzyć, okiełznać, to sztuka chce ukryć, zachować w tajemnicy, bo tu kryje się siła jej ekspresji. Im bardziej medycyna chce wiedzieć, tym bardziej jest bezradna (pomimo oczywistych sukcesów), natomiast sztuka w pewnym sensie zastąpiła dziś rolę wiary i jest jedyną, która sobie z bólem i śmiercią dość dobrze radzi i potrafi je tłumaczyć. Z punktu widzenia medycznego np. zdjęcia Rineke Dijkstra kobiet, które właśnie urodziły dziecko mówią niewiele. Odwrotnie proporcjonalnie do tego, ile mówią one z punktu widzenia sztuki.

Z tylu Marina Abramović , na pierwszym planie Sw. Sebastian.

Sytuowanie bólu w kontekście sztuki ma poważną pułapkę. Można tu wpaść w pułapkę "bólu tworzenia", bebech twórczych najczęściej wypluwanych na płótna przez artystów, którzy chcą widza zainteresować swoim cierpieniem. Na szczęście nic takiego tu się nie znalazło, bo ból artysty nikogo tu nie interesował. Uff…

Natomiast brakowało mi dwóch rzeczy. Zdecydowanie filmu Artura Żmijewskiego Karolina, przenoszącego ból ze sfery prywatnej w społeczną, sytuującego ból w kontekście społecznym. Może też serii Oko za oko, ale Karoliny przede wszystkim. To chyba najbardziej aktualne postrzeganie bólu, jakiego nie dorobiła się jeszcze nauka (chyba?) a sztuka – jak najbardziej. Na drugim biegunie sposobu mówienia o bólu mógłby sytuować żart, dowcip. Była wprawdzie jedna bajka dla dzieci - film animowany (chyba produkcji NRD, nie pamiętam, sprawdzę) zresztą bardzo zabawny o tym, jak to jednego pana bolało kolano i poddał się wszelkim badaniom medycznym, jednak nauka mu nie pomogła, za to opaska wydziergana z wełny owczej przez pasterza natychmiast kolano wykurowała. Ale co do dowcipu dla dorosłych a nie dla dzieci (i to dowcipu w kontekście sztuki) to bardzo tęskniłam za video Józefa Robakowskiego: Moje wideo-masochizmy (1989), Ojej, boli mnie noga! (1990). Szkoda. Ale i tak wystawa pyszna.

23:57, ichweissnicht
Link Komentarze (3) »
środa, 22 sierpnia 2007
Z głowy

 

Jak niedawno doniosło zdjęcie Sebastiana Cichockiego – dyrektora artystycznego Galerii Kronika w Bytomiu zamieszczone w kronice towarzyskiej Obiegu (ktore tu pozwalam sobie zacytowac), Sebastian dostał wezwanie na przesłuchanie do prokuratury. Sprawa sprzed ponad roku: wystawa Bad News w Kronice (kuratorki Joanna Zielińska i Magda Ujma) i praca Gumy Guar. Sprawa więc stara, ale aktualna, bo do przedawnienia jeszcze jakieś 24 lata (choć nie mam pewności). Napisałam wówczas komentarz - felieton, który nie został opublikowany. Może warto do niego powrócić, niezaleznie od tego, jak sprawa sie potoczy…

 

Z głowy

Znowu są poszkodowani. Informacje na drzwiach galerii, że wstęp dozwolony od lat 18 i na własną odpowiedzialność to dzisiaj już za mało. Teraz galerie powinny wieszać ostrzeżenia: grozi śmiercią lub kalectwem.

W bytomskiej Galerii Kronika otwarto wystawę Bad news. Podczas wernisażu czeska grupa Guma Guar powiesiła kolaż przedstawiający papieża Benedykta XVI trzymającego w wyciągniętej dłoni obciętą głowę Eltona Johna. Na ścianie obok widniał napis „wszyscy jesteście ciotami”.

Dzień później kolaż zdjęto. Pech chciał, że wernisaż zaplanowano przed wizytą papieża w naszym kraju. Nie miał on wprawdzie w planach zwiedzania galerii, ale i tak konsekwencje okazały się straszliwe. Na wernisaż przyszedł dziennikarz z lokalnej gazety Życie Bytomskie. Marcin Hałaś poczuł się obrażony i dał temu wyraz w artykule "Papież splugawiony" (22 maja 2006), w którym bił na alarm przed złą sztuką. Potem jeden z mieszkańców, członek „Bytomskiego Środowiska Wiernych Tradycji Łacińskiej” Artur Paczyna zgłosił zawiadomienie do prokuratury „w związku z uzasadnionym podejrzeniem popełnienia czynu wypełniającego znamiona przestępstwa określonego w art. 136 § 3 KK”. Mamy zatem do czynienia sytuacją z podobną, jak w przypadku Doroty Nieznalskiej: autor doniesienia pracy nie widział, ale się obruszył. Ja też jej nie pokażę (choć dysponuje fotką!) i to z dwóch powodów: by czytelnik rozbudził swoją wyobraźnię i mógł się legalnie obrazić.

W każdym kraju obywatel ma prawo, a nawet obowiązek (!) donieść do prokuratury, że podejrzewa, iż popełniono przestępstwo. Na tym polega demokracja, a taką postawę obywatelską należy tylko chwalić. Jeśli przykładowo sąsiadka ma brudny kołnierzyk, to każdy ma prawo podejrzewać, że mąż trzymał ją przez miesiąc w piwnicy, bił, głodził i gwałcił, a wiadomo, piwnica czysta nie jest, więc kołnierzyk byłby tu corpus delicti. Początkowo w prasie proponowano więc zastosowanie art. 196 KK dotyczącego znieważenia przedmiotu czci religijnej lub miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Problem w tym, że papież nie jest PRZEDMIOTEM CZCI, a tym bardziej miejscem obrzędów. Co innego paragraf 136, który mówi, że karze (…) podlega, kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej publicznie znieważa osobę określoną w § 1. Chodzi mianowicie o głowę państwa. Śmiem jednak zauważyć, że na kolażu były dwie głowy: oprócz głowy Watykanu, także głowa Eltona Johna. W historii (o czym wierni tradycji łacińskiej znający np. legendę o św. Wojciechu powinni wiedzieć) zdarzało się, że wrogowi ucinano głowę, a w celu znieważenia i ostatecznego pozbawienia honoru wystawiano ją na widok publiczny. Zatem nie mam pewności, która głowa powinna czuć się obrażona, ale rozumiem, że w tej sytuacji głowie Eltona Johna było by raczej wszystko jedno.

Co innego dziennikarz. Dziennikarz musi dochodzić prawdy. Więc Pan Marcin Hałaś na spotkaniu w Galerii Kronika kilka razy podkreślał, że kolaż nie jest prawdą, że tak wcale nie było. I nawet napisał: „Biały paliusz papieża pobrudzony jest krwią. Ojciec Święty, głowa kościoła katolickiego i – według naszej wiary – namiestnik Chrystusa został ukazany jako triumfujący morderca . (…) W imię wolności swojej wypowiedzi artysta nie ma prawa poniżać innych i najzwyczajniej podle kłamać”. No i ma świętą (sic!) rację: kolaż to wierutne kłamstwo. Bo Elton John - ten „pełny ostentacji homoseksualista” i „odmieniec” (cytaty z Hałasia) wciąż żyje i ma się parszywiec dobrze. A Papież Benedykt XVI przecież nigdy nie miał poplamionego paliusza.

Zawsze myślałam, że praca Gumy Guar z punktu widzenia sztuki jest taka sobie. Ale myliłam się! Odkryłam to dzięki Panu Hałasiowi. Oto przedstawiciel mediów wkroczył na wystawę analizującą język mediów i krytycznie odnoszącą się do poszukiwania sensacji. Nie spodziewał się, że grupa Guma Guar wystawiła czerwoną płachtę na dziennikarzy: sensację, która czekała jak serek na myszkę. Dziennikarz z gorącym newsem tak szybko wybiegł z galerii, że nie spostrzegł nawet, jak pułapka się zatrzasnęła. Kwieciście uplastycznił, zohydził i nastawiał wykrzykników, czym dał się złapać jak mucha na lep. Nie zauważył, że chcąc zdeprecjonować pracę Gumy Guar, nadał jej sens. Wniósł wkład w rozwój sztuki współczesnej i pomógł mi odkryć ukryte treści dzieła sztuki, za co pragnę mu serdecznie podziękować. Podziękowania niech przyjmie także „Bytomskie Środowisko Wiernych Tradycji Łacińskiej” za wkład w historię sztuki za odkrycie nowego nurtu w sztuce - „obrażania uczuć religijnych katolików oraz Ojca świętego - głowy państwa Watykan”.

Pewnie obok głowy Eltona Johna polecą także głowy dyrektora artystycznego galerii Sebastiana Cichockiego lub dyrekcji Bytomskiego Centrum Kultury. Wiernym Tradycji Łacińskiej przypominam, że dekapitacja (lub nadziewanie na pal) bliska była poganom (Rzymianie, Azjaci itd.); natomiast tradycji łacińskiej bliższe jest palenie na stosie i do tej tradycji powinni oni w akcie zemsty odwołać.

Ps. Po tej aferze w Kronice miała miejsce wystawa „Sztuka w służbie lewaków?”, zresztą pyszna. Wreszcie po jałowych dyskusjach coś z kolejnego – normalnego przecież w naszym kraju konfliktu - wynika. Jak sugerował już El Lissitzky - Czerwonym klinem uderz w białych. :-)

 

 

12:27, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Berlin - Kraków

Berlin i Kraków mają też cechy wspólne:

Za te rzeczy ich nie lubię:

A za te lubię:

To widok z mojego okna w Krakowie,

a to juz Berlin, nad Sprewa.

12:18, ichweissnicht
Link Komentarze (1) »
Nu pagadi zajec!
Nie wiem co to, ale podoba mi się.  Na chodniku, Berlin, okolice Chauseestr.

 

12:01, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Czas na dworcach

To zdjęcie zrobiłam na dworcu centralnym w Warszawie. Mam chyba podobne poczucie czasu:

A to na dworcu głównym w Berlinie. Bardzo je lubię, bo powstało zanim dworzec został uruchomiony. Nie ma tu ani reklam, ani ludzi, ani czasu. Wydaje się, jakby ten budynek był fantomowy, jakby w ogóle nie istniał. Tak pusty nie będzie on - jak śpiewał (deklamował) Linda - już nigdy, już nigdy …

11:58, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
Dziwne

W Berlinie naprawdę jest dużo dziwnych rzeczy. Przykładowo – muzeum rzeczy oburzajacych. Niestety było zamknięte, więc nie napisze co jest w kolekcji. Ale nawet informacja na drzwiach była już na tyle dziwna, żeby mnie zaintrygować. Spróbuję tam kiedyś wrócić, jeśli trafię…

 

11:53, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2