o sztuce i innych zjawiskach
RSS
niedziela, 25 listopada 2007
Statystyki

Znalazłam w necie ciekawe informacje o tej gałęzi przemysłu która interesuje mnie najbardziej: o sztuce (ściślej o sztuce w Berlinie).

O Berlinie żartuje się, że mieszkają tu wszyscy artyści świata, a jeśli jeszcze nie mieszkają to na pewno się przeprowadzą. O tym, że Berlin postawił na kształtowanie swojego wizerunku jako miasta sztuki – wiadomo. Że na kolejne targi, otwarcia, imprezy przyjeżdżają tysiące ludzi – też. Pytanie tylko – ile i czy ktoś potrafi policzyć co z tego dla miasta wynika. (Zastanawiam się nad tym oczywiście w kontekście Krakowa, który również uchodzi za miasto kultury. Tyle tylko, że są to obiegowe opinie i dopóki ktoś tam nie przyjedzie, dopóty nie zweryfikuje legend z czasów PRLu. )

Teraz cyferki. Rok temu do Berlina przyjechało 7.08 miliona turystów (liczba noclegów w hotelach) ale nie wiadomo, ilu z nich przyjechało z powodu sztuki (musimy pamietac, że przede wszystkim tu sie oglada takie rzeczy jak mur, brama brandenburska itd). W tamtym roku berlińskie muzea odwiedziło 4 miliony widzów – ale znów nie wiadomo ile z nich było zamiejscowych. Znane są stare dane Związku Berlińskich Galerii (LVBG) z 2002, kiedy w mieście było ok. 300 galerii. Podają one, że wówczas galerie te odwiedziło 1.09 miliona widzów z czego 436 tysięcy byli to goście zamiejscowi. Tylko, że od tego czasu liczba galerii wzrosła do 400 (ja słyszałam już o prawie 500), a takie targi jak Art Forum, Liste, Berliner Kusntsalon i Preview, jak również imprezy typu Berlin Biennale czy Kunstherbst znacznie się rozwinęły a każda edycja pobija swoje wcześniejsze rekordy frekwencji.

Zatem co z tego wynika dla budżetu najbiedniejszego, zadłużonego po uszy miasta w Niemczech? (arm aber sexy – jak mówi burmistrz Wowereit) Ponownie LVBG oceniał (w 2003 r.), że przeciętne obroty galerii „są tu o 50 procent wyższe niż średnia krajowa”. Zatem i zyski dla miasta są większe, nie mówiąc o zysku podstawowym – wizerunku – który ściąga kolejnych turystów płacących za noclegi, wyżywienie, transport, itd. itd. (wielu z „artturystów” przyjeżdża z powodu sztuki, ale sama sztuka już na tym nie zarabia – natomiast zarabia branża turystyczna: hotele, gastronomia itd). Co jest jednak najważniejsze? Że galerie (i muzea) są maszynami tworzącymi miejsca pracy i zatrudniającymi tysiące ludzi z innych branż: od stałych pracowników przez inwestowanie w różne formy kształcenia studentów (praktykanci, tzw. minijob itd) po zatrudnianie wielu osób współpracujących przy targach, wystawach, produkcji prac, firm przewozowych, stolarzy, firm budowlanych, fotografów, ramiarzy, dziennikarzy, pr-owców, designerów, webmasterów, itd., itd., itd…. Działania te potęgują się przy okazji targów.

Zatem kultura się miastu po prostu opłaca. Sama na siebie zarobi (miasto zwykle rozkłada ręce pokazując dziury w kieszeniach) i jeszcze sprowadzi turystów, poprawi wizerunek, wpłaci podatki, stworzy miejsca pracy - zatem per saldo – „wirtschaftswunder”. A czy miasto wie dokładnie ile zarabia na sztuce? Nie. Bo nikt nie potrafi tego dokładnie policzyć. Wszystkie 22.600 przedsiębiorstwa związane z kulturą w 2005 roku wygenerowały obrót roczny w wysokości 18,6 Miliardów euro, co stanowi (UWAGA!) około 13 procent berlińskiego budżetu brutto. Z tego ok. 5400 przedsiębiorstw (1/4 branży kultury) jest czynna na rynku. Produkuje one 1.8 Miliarda euro obrotu (1/10 obrotu branży).

Przed 5 laty średni roczny obrót galerii berlińskich wynosił 200 tys euro, aktualnych danych nie ma. Statystyczny artysta zarabia tu (według Künstlersozialkasse - KSK) 11.094 euro rocznie. W kasie tej zarejestrowanych (ubezpieczonych) jest 140 000 artystów (trzeba pamiętać ze w te statystyki wliczeni są obok artystów dziennikarze i publicyści). Większości z nich wiedzie się marnie, bo tylko 6.500 zarabia ponad 30 000 euro rocznie. Dlaczego więc tu przyjeżdżają? Bo tu żyje się najtaniej w Niemczech, oferta kulturalna jest największa i największe potencjalne możliwości funkcjonowania w artworldzie - choć szanse sukcesu są porównywalne z trafieniem szóstki w totolotka. Więcej chętnych, zatem większa rywalizacja. Nie taki to raj jak go malują, ale i tak kolejni mają powód żeby tu zamieszkać.

Efekt jest taki, ze wystaw jest tyle, ze nikt nie jest w stanie ich zobaczyc. Trzeba by było zostać zawodowym oglądaczem i zajmować sie wyłacznie zwiedzaniem, a i tak nikt nie byłby w stanie ogarnąć tej nadprodukcji. Czy zatem naprodukcja sztuki jest wadą czy zaletą? Czy mamy dzis za duzo sztuki? Kto jest jej odbiorcą (konsumentem)? I dlaczego akurat Niemcy sa w stanie (chcą) pozolic sobie na ów luksus utrzymywania wielu instytucji państwowych, uruchamiajacych łańcuchy (nad)produkcji sztuki (chodzi np o stypendia dla zagranicznych artystów którzy po ukończeniu zwykle nie wracają do swoich rodzimych miast). Oczywiście nie narzekam z tego powodu - ze niby oto jest żle, bo jest za duzo sztuki - gdyz dla mnie (i dla wszyskich zawodowo ze sztuką związanych) jest to tylko powód do zadowolenia. Chodzi o to, że zmieniając miejsce z państwa (i miasta) kulturalnego niedoboru na państwo (miasto) kulturalnej nadprodukcji, stan ów rzuca mi się szczególnie w oczy poprzez kontrast z sytuacją, do której byłam przyzwyczajona. Natomiast jeśli kiedyś poznam odpowiedzi na powyższe pytania, na pewno o tym napiszę.

 

15:55, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 listopada 2007
Robert Kuśmirowski. DATAmatic 880

DATAmatic 880. Instalacja

Fotografie:

21:54, ichweissnicht
Link Dodaj komentarz »